W schronisku dla zwierząt

Od paru dobrych lat jestem wolontariuszką w miejscowym GOPS-ie i pomagam w tworzeniu wielu akcji w naszej wsi. Niedawno wraz z innymi wolontariuszami udało mi się zorganizować i przeprowadzić zbiórkę karmy i innych potrzebnych rzeczy dla psów i kotów w szkole, do której chodzę. W dzisiejszym poście chcę Wam opowiedzieć trochę o tym jak wyglądały moje odwiedziny w schronisku.

🍖🍖🍖

Zbiórka w szkole trwała tydzień i była ona robiona dla schroniska w Pudwągach koło Kętrzyna (województwo warmińsko-mazurskie). Już raz odwiedziliśmy je całą grupą wolontariatu w lutym zeszłego roku, a także ja prywatnie byłam tam kilka razy (adoptowałam z niego Milkę), więc postanowiliśmy je po raz kolejny wesprzeć. Zebraliśmy dość sporo potrzebnych rzeczy takich jak smycze, koce, ręczniki, zabawki, a także puszki i saszetki z mokrą karmą, worki suchej karmy i smakołyki. Kiedy wnosiliśmy je z autobusu, kobieta w schronisku aż się wzruszyła, gdyż nie spodziewała się takiej ilości podarunków.
Po przywitaniu się i obejściu boksów mogliśmy wyprowadzić na spacer psy. Na początku miałam dwa średnie kundelki, które szybko zmieniły się w jednego, ogromnego owczarka imieniem Ares. Zamieniłam się z dziewczynką ze szkoły podstawowej, która nie dawała sobie z nim rady. Pies był co prawda staruszkiem, ale jak pociągnął to lżejszą osobę mógł wywrócić. Na mnie nie robił wrażenia, bo wyprowadzałam kiedyś psa sąsiada, który również rwał się do przodu. Ares nie chciał za wiele chodzić, bo kiedy znaleźliśmy się przy głównym placu skręcił w stronę kojców i prowadził mnie prosto do swojego boksu.
Po zamknięciu owczarka podeszłam do mężczyzny pracującego w schronisku i mówię, że chcę wyprowadzić kolejnego psa tylko, żeby był duży (wiedziałam, że reszta wolontariuszy będzie wolała wziąć mniejsze psy) i może ciągać, bo mi to nie przeszkadza. Zaprowadził mnie pod boks, który zamieszkiwał również owczarkowaty Bartosz zwany przeze mnie później Bartkiem lub Bartholem. Kiedy wzięłam smycz w rękę, a pies opuścił boks to prawie wylądowałam w kałuży błota. Okej, chciałam szalonego kundla, ale tego to się nie spodziewałam. Oddałam torbę z aparatem koleżance i poszłam z Bartkiem na tereny do spacerów. Po kilku minutach pies nieco się uspokoił i ładnie szedł obok mnie. Jednak i on nie chciał długo spacerować, bo po jakimś czasie zaczął kuleć (tak, na początku też trochę kulał, ale nie było to mocno widoczne) i sam zaprowadził mnie do swojego boksu.
Później razem z koleżanką zabrałyśmy dwóch kumpli z jednego kojca ‒ Oziego i Elvisa. Po ich zachowaniu stwierdziłam, że jeśli wzięłabym ich sama to nie skończyło by się to zbyt dobrze. Albo bym wylądowała w błocie, albo biegałabym za nimi po polach, bo tak rwałyby do przodu. Po opuszczeniu boksu było tak jak się spodziewałam. Ozi ciągnął do wyjścia, a za nim jego kumpel. Szliśmy jak najdalej od innych psów, bo gdy były bliżej chłopcy zaczynali szaleć. I jeśli przy pierwszych psach miałam tylko całe buty w błocie to przy tych byłam już w nim cała. No, ale nie przeszkadzało mi ono w dobrej zabawie ze schroniskowcami. Ozi i Elvis w porównaniu do poprzednich niechętnie wracały do kojca, ale zanim ich zamknęłyśmy trochę się wybiegały i wyszalały.
Ostatnia dwójka jaką wyprowadziłam razem z koleżanką to sąsiedzi wcześniejszych kundli, a mianowicie Michał i Szpak. Nieco spokojniejsi od tamtych, ale nadal pełni energii. Również unikaliśmy innych psów, bo chłopcy ciągnęli całkiem mocno, a nie chciałyśmy niepotrzebnych spięć czy bójek. Trochę z nimi pobiegałyśmy i w trakcie jeden chciał drugiego wyprzedzić, przez co prawie wylądowałam w ogromnej kałuży. Na szczęście Michał nieco się opamiętał i zwolnił. Chłopcy nie chcieli wracać do kojca, ale czas nas gonił i musiałyśmy już wracać. Nie było jednak problemu z zamknięciem ich do boksu. Grzecznie do niego weszły i nie próbowały uciekać.
Opowiedziałam Wam tylko o tych psach, które ja wyprowadziłam. Na spacer wyszło dużo więcej. I te małe, i te duże. I te młode, i te starsze. I te spokojne, i te szalone. Po prostu ciężko jest spamiętać wszystkie jeśli nie miało się z nimi większego kontaktu. Każdy kundelek był świetny na swój sposób i każdy był inny. Życzę każdemu z nich dobrego domu, bo one na niego zasługują.

🍖🍖🍖

Dzień zaliczam do jak najbardziej udanych i nawet pełno kałuż i błota nie popsuło go. Już planuję kolejną, może większą, zbiórkę dla psów i kotów na przyszły rok. Tak niewiele trzeba, aby uszczęśliwić tak wiele stworzeń, więc jeśli Ty nie możesz adoptować zwierzaka zostań wolontariuszem w schronisku, zorganizuj zbiórkę, przyjdź wyprowadzić psy. Każdy, nawet mały gest może uszczęśliwić.

Komentarze

Prześlij komentarz