piątek, 9 lutego 2018

Ferie były, ferii nie ma

Ferii wyczekiwałam bardzo mocno, mimo że nic wielkiego na nie nie planowałam. Wiecie, po prostu chodziło mi o to, żeby w końcu w szkole przestali nas tak cisnąć. Koniec semestru i wystawianie ocen równia się codziennymi kartkówkami czy sprawdzianami. No, ale w końcu nadszedł ostatni piątek i zaczęły się upragnione dwa tygodnie wolnego.
Były trzy rzeczy do załatwienia w czasie ferii: 1) przetestowanie i zrecenzowanie smakołyków ze sklepu Petsmile 2) wybranie się z Milką do weterynarza na przycięcie pazurów 3) wykonanie zabiegu sterylizacji u kotki. Dwie pierwsze zostały wykonane — recenzję mogliście przeczytać niedawno tutaj na blogu, a z suczką na ten mały zabieg wybrałam się w połowie pierwszego tygodnia. Szczerze mówiąc to było jej pierwsze prawidłowe i wykonanie w całości przycinanie pazurów. Kiedyś próbowaliśmy — ja i tata — to robić samemu w domu, ale Milka nam na to nie pozwalała. W końcu postanowiłam iść z tym do weterynarza i tam wystarczyło kilka minut, aby skrócić pazury. Suczka była zdezorientowana tym, co się dzieje, że praktycznie wcale się nie rzucała na stole, jak to bywało w domu. Tylko jeden pazur został zbyt mocno przycięty i wtedy zaczęła się nieco wyrywać, a kiedy w końcu postawiłam ją na podłodze, wyglądała na zadowoloną jakby ten zabieg wcale nie miał miejsca. W domu byłam zachwycona tym, że jak idzie po panelach to prawie jej nie słychać.

Tego dnia rozmawialiśmy również na temat sterylizacji kotki. Powiedziałam weterynarzowi, że Malina miała już ruję, w tym momencie ma około ośmiu miesięcy i waży na ten moment dwa i pół kilograma. On skinął głową i odparł, że na dniach zadzwoni to mojego taty i poda termin, bo nie ma jego współpracownicy, która ma zeszyt ze wszystkimi datami. Kilka dni później jechaliśmy już na zabieg. Nie mieliśmy daleko, bo kilka minut samochodem. Kiedy postawiliśmy kotkę na stół, wet stwierdził, że to za małe kocisko jest i nie ma co na razie sterylizować. Wytłumaczył, że już kiedyś wykonywał ten zabieg na tak małym kocie i te wszystkie rzeczy do wycięcia są tak malutkich rozmiarów, że zamiast naciąć tylko z jednej strony, musiałby nacinać z dwóch, a i tak miałby problem ze znalezieniem narządów rozrodczych. Trochę się zdenerwowałam, bo wcześniej mówił, że kotka będzie już gotowa, a teraz musimy czekać aż do marca. No cóż, czasem tak bywa. Póki co Malina wciąż nie wychodzi sama na dwór, a ciągnie ją tam, oj ciągnie.
A jak nam ferie minęły ogólnie? Ogólnie to nieciekawie. Ja w domu, pies w domu, kot w domu. Ja przed komputerem, pies w łóżku, kot wszędzie. Nie no, dobra. Było trochę inaczej, ale jedno się zgadza: kot był w s z ę d z i e. Pierwszy raz mi się taki kot trafił. Pierwszy, który więcej miauczy niż mruczy. Ale jest wyjaśnienie: to prawie miastowy kot, prawie-warszawiak, więc może tam inaczej one żyją niż tu u nas, na mazurskich wsiach.

No, ale wracając.

Trochę sobie spacerowałam z Milką. Nie za często, ale jednak. Nie ciągnie mnie na dwór podczas kilkunastostopniowego mrozu i w sumie tego kundla też nie. Oboje wolimy wylegiwać się w łóżku, kiedy za oknem prószy śnieg, a temperatura jest minusowa. Kilka razy suczka spała w domu, ale były to pojedyncze noce. Teraz — już kilka dni po zakończeniu ferii — znowu śpi ze mną ze względu na to, że ucieka z kojca. Zanim tata nie zabije dziur deskami, będzie męczyć się w moim pokoju.
U nas w tym roku nie było za ciekawie. Zdecydowanie bardziej aktywnie było rok temu, ale nie jestem na siebie o to zła. Nic nie planowałam (oprócz tych trzech wspomnianych na początku rzeczy), więc nie jest mi źle, że nic nie robiłam. Szkoda mi tylko, że ani razu nie pozwoliłam Milce ciągnąć pustych! sanek. Jednak mamy jeszcze śnieg, więc może się uda na dniach.

A Wam, jak minęły ferie?

Pozdrawiamy,
Agata, Milka i Malina

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Komentarze motywują do pisania i pokazują, że czytacie post. Cieszę się z każdej nawet najkrótszej wiadomości dotyczącej wpisu, więc jeśli przeczytałeś — skomentuj ;]

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.